Przejdź do treści

Noc taka jak ta

Zobaczyliśmy ją na zakręcie drogi, którą opuszczaliśmy mijaną wieś. Stała w lekkim oddaleniu od pozostałych zabudowań i jak każda z wolna zarastająca chaszczami rudera przedstawiała, delikatnie mówiąc, mało zachęcający widok. W normalnych okolicznościach zapewne nie zwróciłbym na nią uwagi – zwykła murowana stodoła kryta eternitem, taka jakich wiele stoi jeszcze na polskiej wsi. Duże drewniane wrota przekrzywił upływający czas, a brak konserwacji sprawił, że zaczynały próchnieć tu i ówdzie odsłaniając dziury, przez które bez problemu mógłby wślizgnąć się człowiek. Wejście do środka było jednak ostatnim pomysłem na jaki zdecydowałbym się widząc ten budynek – w normalnych okolicznościach rzecz jasna. Zapomniałem tylko wspomnieć o jednym istotnym szczególiku – nie znajdowaliśmy się w zwyczajnej sytuacji.

Słońce z wolna zachodziło za długim lipcowym dniem i szarość zwiastująca rychłe nadejście nocy zaczęła unosić się nad polami. Deszcz niedawno przestał padać, lecz chmury niespokojnie kłębiące się na niebie zapowiadały, że to jedynie krótka przerwa przed drugą rundą. Jeśli nie jesteś Bearem Gryllsem, to mogę cię zapewnić drogi czytelniku, że solidne przemoczenie podczas marszu w kilkugodzinnej siąpawicy stanowi wystarczającą namiastkę survivalu. Owinięty lepkimi, ciężkimi od wody ubraniami i w butach obwieszczających każdy krok mokrym mlaśnięciem byłem chodzącym (lub raczej człapiącym) przeciwieństwem romantycznych wyobrażeń o „wspaniałej przygodzie”. Doświadczenie zbierane w szkole życia często odziera naiwne marzenia z pastelowych kolorów.

Mieszkańcy mijanych przez nas domów przyglądali nam się z ciekawością. Nie byli jednak na tyle zainteresowani, by zapytać kim jesteśmy, dokąd idziemy i czy w tak marną pogodę potrzeba nam pomocy. Czy można im się dziwić? Widzieli ośmiu obcych mężczyzn włóczących się przez wieś w nieznanym kierunku i celu. Czy ja na ich miejscu wspaniałomyślnie zaoferowałbym pomoc? Pewnie nie. Różnych ludzi licho niesie, lepiej być przezornym. Teraz jednak nie narzekałbym, gdyby ktoś ośmielił się na taki gest. Zabawne jak punkt widzenia zmienia się wraz z położeniem w jakim się znajdujemy.

Jak już mówiłem – okoliczności nie były zwyczajne. Drugi dzień naszej pielgrzymki dał nam twardą szkołę. Pewnie właśnie dlatego na widok tej starej stodoły poczułem się jak człowiek, który przez przypadek znalazł walizkę z milionem dolarów.

– Hej! – zawołałem na idących nieco przede mną przyjaciół – A może tam?

Wyciągniętą ręką wskazywałem na swoje znalezisko.

– Wygląda nieźle, trzeba sprawdzić – jak na komendę przeskoczyliśmy przez rów i rozpoczęliśmy oględziny budynku.

Najpierw obeszliśmy go w koło, następnie zaczęliśmy ostrożnie zaglądać do wewnątrz, by upewnić się, że nie ma w nim już jakichś lokatorów. Najwyraźniej dopisywało nam szczęście, gdyż stodoła była pusta. Ostatnią chwilę wahania przed podjęciem decyzji o zanocowaniu w środku przeciął deszcz, który właśnie wracał do gry.

Nieprawdopodobne jaką ulgę przynosi człowiekowi poprawa sytuacji ze „zdecydowanie kiepskiej” na „nieco mniej beznadziejną”. Czułem się niemal tak, jakby czekała mnie noc w czterogwiazdkowym hotelu. Co prawda w porównaniu do spania pod chmurką był to pewien rodzaj luksusu, lecz byłoby też sporym nadużyciem nazwać nasze schronienie jakimś bardziej szlachetnym mianem niż „stara buda”. Pomyliliśmy się też nieco w kwestii lokatorów – szmer i tupot małych łapek szybko uświadomił nam, że jest to teren mysiej kolonii… i to może nawet nie jednej. Podłogę pokrywała gruba warstwa słomianej ściółki, która wykruszyła się ze snopków. Kilka grubych, okrągłych balotów nadal było rozstawionych po kątach.

Niemal natychmiast zabraliśmy się do pracy. Ktoś zajął się oświetleniem pomieszczenia (na dworze zapadł już zmrok), kilka osób rozciągało sznurki do suszenia ubrań, znalazło się też dwóch ochotników, którzy przetoczyli belę słomy, aby zatkać nią największy otwór we wrotach – tak na wszelki wypadek. Działaliśmy jednak nazbyt energicznie – wkrótce w całej stodole unosił się gryzący w gardła kurz poderwany ze ściółki. O ogniu też nie było mowy – moglibyśmy nieopatrznie puścić coś z dymem, a więc kolacja na zimno z odrobiną wody do popicia. Szorstko. Byłem jednak dostatecznie zmęczony, aby się nad tym nie zastanawiać. Wystarczyło mi to, że mogłem ubrać się w suche rzeczy i schronić głowę przed pluchą. Odkryłem nowy poziom komfortu.

Kurz, zapach stęchlizny, chłód nocy i krople deszczu rytmicznie bębniące w dach z eternitu. Ktoś zdążył już zasnąć przygnieciony wysiłkiem minionego dnia. Kilku z nas jeszcze rozmawiało przy mdłym, oszczędnym świetle ledowej lampki namiotowej. W ludziach istnieje chyba jakaś naturalna skłonność do tego, by w takie wieczory opowiadać sobie historie zapożyczone z horrorów i ubogacać wyobraźnię wizerunkami mrocznych stworzeń, które jak na złość powracają dokładnie wtedy, gdy potrzeba zmusza do samotnego wyjścia na zewnątrz. Niekiedy zdarza się jednak, że rozmowy podobne do tej niespodziewanie zmieniają kierunek i przynoszą nam coś, co na długie lata zapada w pamięci.

– W sumie, jakby się nad tym zastanowić – nowy temat właśnie wchodził na scenę po krótkim milczeniu – to noc taka jak ta, jest podobna do Bożego Narodzenia.

Odwróciłem się na bok, by z niedowierzaniem popatrzyć na kolegę, który zdobył się na taką refleksję bezpośrednio po jednej z anegdotek ze świata grozy. Nasza pogawędka właśnie wchodziła na nowy kurs.

– Wiecie co? – podjął wątek ktoś z przeciwległego kąta – Ja nie wyobrażam sobie rodzenia dziecka w takich warunkach. Współcześnie to po prostu nie mieści się w głowie.
– Jednak kiedyś dzieci rodziło się w domach.
– W domach tak, ale w takiej ruderze to zupełnie inna bajka. Zimno, cimno i brudno.
– I do tego jeszcze zwierzęta.

Nikt nie polemizował – mizeria do kwadratu bez dwóch zdań.

– Myślę, że na miejscu Józefa, jako facet, czułbym, że dałem ciała po całości. Żona ma rodzić, a tu nic tylko stodoła.
– A jak widać sielankowo nie było…
– Z drugiej strony coś ogarnął, zrobił co mógł. – dodał adwokat świętego.
– Spokojnie, wcale go nie osądzam. Mówię tylko, co ja czułbym na jego miejscu. W zasadzie nie wiemy, co czuł św. Józef, lecz myślę, że nie wyglądało to jak na ckliwym obrazeczku z przytulną, pachnącą siankiem szopką.
– Nie pamiętam czy patrzyłem kiedyś na to w ten sposób. Zwykle Boże Narodzenie kojarzy się z czymś ciepłym i radosnym, lecz uczciwie rzecz biorąc to atmosfera mogła być raczej kiepska – z ludzkiego punktu widzenia Maryi i Józefowi wszystko się posypało.

Przez chwilę dywagowaliśmy jeszcze nad tym, jakie emocje i nastrój mogły faktycznie towarzyszyć nocy przyjścia Jezusa na świat. Kiedy zaś zbliżaliśmy się do wyczerpania naszych mocy intelektualnych w tym obszarze, do toczącej się dyskusji ni stąd, ni zowąd wkroczył nowy poważny dylemat:

– Ciekawe czemu Bóg postanowił urodzić się właśnie w takim miejscu?

To pytanie utkwiło jak gwóźdź w mojej głowie. Minęło już kilka dobrych lat od momentu, gdy prowadziliśmy z przyjaciółmi tamtą rozmowę w opuszczonej stodole, a ja każdego roku stając przed bożonarodzeniową stajenką pytam od nowa: „Panie Jezu – dlaczego zrobiłeś to właśnie tak? Czemu mądrość Boża uznała takie wyjście za najlepsze?”. Upływający czas dał mi już wiele odpowiedzi, lecz nie mam wątpliwości co do tego, że nadal jest to materiał podlegający obróbce. Wciąż dowiaduję się czegoś nowego.

Dzisiaj jednak nie zmierzam dzielić się z tobą swoimi refleksjami. Zamiast tego wolę zachęcić cię do znalezienia własnych oraz do dotykania życia. Wyjdź poza strefę komfortu i spróbuj przenocować w stodole. Przekonaj się na własnej skórze, jakie towarzyszą temu wrażenia. Wiem, jak to brzmi, to totalny hardkor, dlatego przygotuj się do tego mądrze. Znajdź odpowiednie miejsce oraz ludzi, którzy będą ci towarzyszyć.

Zasypiając na słomie zapytaj Boga: „Panie, czemu postanowiłeś urodzić się właśnie w takim miejscu?”. Miej otwarte uszy, Bóg mówi, kiedy człowiek naprawdę Go słucha.

Jeden komentarz

  1. Jan Jan

    Cały przepych współczesnego świata, z dostatkiem i wygodami życia bardzo często oddalają nas od Boga. Prowadząc dostatnie i beztroskie życie, upajając się jego walorami, łatwo jest zapomnieć o Tym, który nam to wszystko daje. Zakładamy wówczas na siebie jakby zbroję, przez którą coraz słabiej słyszymy głos stwórcy, aż w końcu przestajemy go słyszeć całkowicie.
    Dla tego dobrze jest czasami spędzić trochę czasu „na pustyni”, w ciszy i samotności, aby na nowo usłyszeć głos Boga. Bo Bóg przychodzi w ciszy, w spokoju, bardzo często w ubóstwie. Dlaczego? Myślę, że taka jest jego natura, bo tak sobie upodobał.

    Było mi dane i miałem niewątpliwie zaszczyt poznać tę grupę młodych mężczyzn-pielgrzymów. To członkowie wspólnoty „Lew Judy”, corocznie pielgrzymujący w tak bez wątpienia niecodzienny i „hardkorowy” sposób do św. Józefa w Kaliszu.
    Jestem przekonany, że Oni głosu Boga słuchają.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.