Przejdź do treści

Złota reguła równowagi

Zapadłem się w fotel jak ołowiana kulka w naczynie wypełnione wodą. Starałem się przypomnieć sobie, co robiłem przez ostatnich 30 minut, lecz pomimo wytężania woli i coraz silniejszego marszczenia czoła zupełnie mi się to nie udawało. Miałem przed oczyma jedynie kilka mętnych obrazów i nic więcej, jakby kawałek mojego życia wsiąkł bez śladu w jakąś czarną dziurę. Rozbolała mnie głowa – pod czaszką płonęło ognisko, wokół którego dzikie myśli w pstrokatych pióropuszach zaczęły właśnie tańczyć wojenny taniec. Mimo wszystko nie mogłem nie zaśmiać się w duchu – to byłby dobry materiał na scenariusz reklamy pastylek przeciwbólowych. A może widziałem już kiedyś coś takiego w tv?

– Wszystko w porządku?

Pytanie niespodziewanie wyrwało mnie z mentalnego zawieszenia. Nie spostrzegłem, gdy weszła do pokoju, lecz teraz para jej ciepłych, brązowych oczu przypatrywała mi się bacznie. Musiałem wyglądać jak dalszy krewny ameby, ponieważ na jej twarzy pojawił się wyraz dobrze mi znanej czułej troski.

– Potrzebujesz czegoś?

– Nie skarbie – odpowiedziałem automatycznie, uśmiechając się przy tym nieprzekonująco.

– Widzę, że coś cię męczy – mojej żony nie da się łatwo wyprowadzić w pole. Jej kobiecy radar bezbłędnie wyczuwa wszystkie potencjalne zaburzenia naszego rodzinnego dobrostanu – Więc? Powiesz mi co cię gryzie?

– Prawdę mówiąc nic szczególnego. Po prostu… jest za dużo wszystkiego, jeśli rozumiesz o co mi chodzi.

Przytaknęła wolnym skinieniem głowy. Rozumiała dobrze. Oboje mieliśmy długi i wyczerpujący dzień. Nie trzeba było dodatkowych wytłumaczeń. Uśmiechnęła się łagodnie, ucałowała mnie w skroń i wyszła zostawiając mi przestrzeń niezbędną do zneutralizowania mego wewnętrznego chaosu.

Korzystając z podarowanej mi samotności, zanurzony w ciszy pustego pokoju, równoważyłem zgiełk i przesyt dnia milczeniem oraz słodką bezczynnością. Mogłem wysłuchać i uspokoić roztargnione myśli, przyjrzeć się odcieniom emocji, spotkać się z samym sobą zagłuszonym przez hałas napływający z zewnątrz. Ból głowy przemijał, a ja wiedziałem, że będę mógł wrócić do niej i wspólnie cieszyć się wieczorną krzątaniną.

Niegdyś miałem co do tego wątpliwości, dziś jestem już niemal pewien, że jednym z najbardziej niebezpiecznych wrogów współczesnego przedstawiciela zachodniej cywilizacji jest przesyt. Choć sam należę do raczej energicznych osób, tych które wciąż muszą coś robić i po prostu lubią angażować się w nowe przedsięwzięcia, zacząłem doświadczać zaskakującego zmęczenia, nudy i apatii. Trudno było mi zaakceptować te uczucia, dlatego postanowiłem wejść z nimi w dialog i rozpocząć „wewnętrzne negocjacje”, by zrozumieć w czym rzecz. Skąd przychodzą i co chcą mi powiedzieć te niecodzienne nastroje?

Gdy chodzi o mnie wiem już, że w ten sposób objawia się moja reakcja zwrotna na nadmiar. Czego? Dosłownie: na nadmiar wszystkiego – informacji, dźwięków, kolorów, smaków, zdarzeń, zadań, rzeczy do zapamiętania, spraw do załatwienia. Krótko mówiąc bodźców, którymi przepełniona jest atmosfera XXI wieku. Gdy dodać do tego rosnące wciąż tempo życia, można odnieść wrażenie, że dni wyglądają jak film akcji oglądany na przewijaku. Coraz szybciej myślimy, coraz szybciej mówimy, coraz szybciej chodzimy, nakręcając się przy tym wzajemnie, jakbyśmy bez przerwy grali w „Kto pierwszy ten lepszy!”. Szukamy wciąż nowych doznań i nowych wrażeń, ponieważ dotychczasowe przestają na nas działać. To co jeszcze niedawno było „super odkryciem”, szybko przechodzi do lamusa otagowanego hasłem „Nuda” i zwykle stamtąd nie powraca.

„Jacek, sam świata nie zmienisz”. „Pewnie nie” – odpowiadam – „Zresztą wcale mi na tym nie zależy. Po prostu ja sam nie chcę w taki sposób przeżyć swojego życia”.

Dlaczego?

Ponieważ gorąco pragnę tego, aby moje życie miało smak i dawało mi satysfakcję. Cóż mi po mnogości doświadczeń, jeśli nie mam czasu na refleksję nad nimi? Spłyną tylko po mnie nie dodając nic do mojego człowieczeństwa. Przesyt odbiera miejsce na głębokie odczuwanie.

Lubię nieraz przenosić się do wspomnień, w których towarzyszyła mi osobliwie jasna i ostra percepcja chwili, tych momentów kiedy rzeczywistość miała rozdzielczość 4k, a ja byłem całkowicie kontemplatywny w działaniu…
Pierwsza rozmowa po tygodniu milczenia na Ćwiczeniach Duchowych. Pierwszy posiłek po dniu ścisłego postu. Pierwszy nocleg w łóżku po pielgrzymce, na której przez pięć nocy z rzędu spaliśmy pod chmurą. Wieczorna kąpiel po dniu pracy w czasie żniw…
Proste i zwyczajne doznania, które sprawiły mi więcej radości niż najbardziej odjazdowe pomysły na rozrywkę.

Co dawało im tę wyjątkowość?

Myślę, że stojące gdzieś niedaleko w cieniu doświadczenie braku. Niedosyt rozmów, jedzenia lub komfortu zamieniał najmniejsze przyjemności w królewskie luksusy. Nadawał rzeczom smak i właściwą wartość, rozbudzał zmysły, dawał poczucie szczęścia. Nigdy nie pomyślałbym jak cennym okaże się dla mnie coś tak niechętnie witanego jak zaznanie niedostatku. A jednak! Dziś mogę powiedzieć, że doświadczenie braku stało się dla mnie biegunem w wyznaczaniu położenia złotego środka, niezastąpionym algorytmem reguły umiaru.

Jeśli zastanawiasz się nad tym, co wartościowego robić podczas adwentu – proponuję ci doznawanie uczucia braku. Zredukuj ilość bodźców w swoim otoczeniu, odmów sobie pewnych przyjemności, zamień generujący nudę przesyt na dający radość niedosyt. Ucz się umiaru – złotej reguły równowagi. Zdziwisz się, jak zmieni się świat wokół ciebie. Być może również na Boże Narodzenie spojrzysz nowymi oczami i dostrzeżesz coś, czego dotąd w nim nie widziałeś? Szczerze ci tego życzę, powodzenia!

3 komentarze

  1. Dziękuję☺spróbuję takich doznań. Właśnie po to, żeby odnaleźć zagubione smaki życia.

  2. Kropek Kropek

    Pięknie napisane… niby to wiem, a jednak tak często to umyka, a w zasadzie u mnie jest wyjątkiem od reguły… dzięki za dobre treści.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.