Przejdź do treści

Spacer wśród burzowych chmur

Pojawił się znienacka. Zaczęło się od małego jaskrawego punktu zawieszonego w przestrzeni nad kotliną, a potem na niebie zarysowała się zygzakowata fioletowo-niebieska linia. Jestem pewien, że trwało to ułamki sekund, lecz w moich oczach wyglądało to tak, jakby niewidzialna ręka kreśliła niespiesznie ten kształt na tle szarej gęstej chmury.

Może to adrenalina?

Przez mgnienie oka wszystko zatrzymało się w miejscu, cały świat zdawał się oczekiwać w napięciu na kolejny akt tego przedstawienia. Nagle kurtynę ciszy rozdarł potężny huk, jak suchy trzask tysięcy gałęzi złamanych w jednej chwili. Przerażający i majestatyczny zarazem. Jeden z tych dźwięków, które usłyszane tylko raz, nigdy nie pozwolą się wymazać z pamięci.

Kolejny piorun. Ten przeszedł naprawdę blisko, najwyżej paręset metrów od miejsca, w którym przemoczeni czekaliśmy bezradnie, aż burza przesunie się dalej. Jeszcze pół godziny temu staliśmy w słońcu na szczycie Jarząbczego Wierchu obserwując zbliżające się chmury. Spodziewaliśmy się burzy, lecz według prognozy miała zacząć się znacznie później. Wiatr spłatał nam jednak figla i podstępnie rozciągnął na całym niebie ciemny front złowrogich cumulonimbusów. Zdążyliśmy jedynie zejść z wierzchołka góry i przycupnąć w najniższym punkcie przełęczy. Dalsza droga prowadziła wzwyż wąskim, śliskim od deszczu szlakiem, zasnutym kłębami chmur znacząco ograniczających widoczność. Nie było sensu iść naprzód. Najlepsze, co mogliśmy zrobić, to po prostu zatrzymać się i cierpliwie moknąć.

Przykucnąłem okrywając się szczelniej płaszczem przeciwdeszczowym, lecz pomimo moich wysiłków zimne stróżki wody zaczęły już wsączać się pod ubranie. Brrrr… kilka kropel właśnie urządziło sobie wyścig wzdłuż moich pleców. O butach szkoda nawet opowiadać. Jestem przekonany, że chwilowo zamiast nie wpuszczać wody do środka, postanowiły zatrzymać ją wewnątrz i nie pozwolić jej się wydostać.

Ciekawe jak się czują chłopaki?

Uchyliłem nieco kaptur, by przyjrzeć się moim towarzyszom. Niektórzy podobnie jak ja przykucnęli nisko, inni stali wyprostowani wystawiając się na siekący deszcz. Wszystkich nas łączyło kilka podobieństw – pobladłe twarze, nieobecne spojrzenia i niewyraźne miny.

To fakt, znaleźliśmy się w samym środku burzy. Tym razem nie był to zwykły górski deszczyk dodający smaczku przygodzie. Spotkaliśmy się z prężącym muskuły żywiołem, wobec którego nasze ludzkie siły nie miały żadnego znaczenia. Nie byliśmy nawet podobni do Dawida stającego naprzeciw Goliata. Przypominaliśmy raczej jesienne liście, z którymi wiatr może zrobić co mu się podoba. Mniej więcej taka jest różnica potencjałów, gdy człowiek staje przed Bogiem. Żyjemy tylko dlatego, że On tak chce.

Błysk i kolejny huk zwielokrotniony echem odbijającym się od skał. Tym razem po lewej stronie zbocza, ciut bliżej od poprzedniego. Gdzie uderzy następny? Może dalej, może jeszcze bliżej, a może właśnie w nas? Oczyma wyobraźni zobaczyłem nagłówki gazet ogłaszające śmierć kolejnych nieostrożnych turystów na tatrzańskich szlakach. O zgrozo!

Chwileczkę… Czy to może być koniec?

Do tej pory nie myślałem o tym w ten sposób, a jednak – tak może się stać. Niewykluczone, że to ostatnia z przygód, wszak niejednego już zabrała z gór burza.

Co powinienem teraz zrobić?
Uciekać i szukać ratunku?
Modlić się o ocalenie?
Czy też po prostu stawić czoła faktom i zaakceptować to, że mogę umrzeć?

Czułem jednocześnie dzikie bicie serca oraz chłód i jasność spływające do głowy. Nigdy nie leżało w mojej mocy wybranie czasu i miejsca, dlatego zawsze powinienem być gotowy. Ten moment to prawdziwa łaska od Stwórcy – nie zabiera mnie nagle, ale pozwala mi doświadczyć odejścia w sposób świadomy i godny. Mogę przygotować się do własnej śmierci. Niezwykłe jaka cisza zapadła w mym wnętrzu, w jednej chwili w samym środku burzowego chaosu wszystkie rzeczy nabrały niecodziennej ostrości. Dobrze wiem, co należy zrobić, ćwiczyłem to dziesiątki razy. Najpierw dziękczynienie. Potem rachunek sumienia i żal za grzechy. Dobrze, że jestem w stanie łaski uświęcającej. Głęboki oddech… Złożyłem starannie swój los na obu dłoniach wyciągniętych w stronę Stwórcy.

Panie, moje życie zawsze należało do Ciebie. To Ty decydujesz o tym, kiedy zabrać mnie do siebie. Jeśli taka jest Twoja wola – powiedz słowo, a pójdę do Ciebie. Jeśli pragniesz, abym został tutaj – zostanę.

Tym razem piorun uderzył daleko za naszymi plecami. Deszcz stopniowo tracił na sile, aż chmury zamieniły się w białą, mglistą zawiesinę, nie tak gęstą jak poprzednio. Burza kroczyła dumnie dalej, lecz nas zostawiła już w spokoju. Mogliśmy wstać i ruszyć w dalszą drogę.

– W porządku? – zapytałem głośno.

– Tak, żyjemy.
– Okej.
– Możemy iść.
Odpowiadali kolejno moi przyjaciele otrzepując się z deszczu. Po krótkim westchnieniu jeden z nich dodał:

– Jednak już się witałem ze świętym Piotrem!
– Ja też… – potwierdziliśmy równocześnie, mimochodem przyznając, że każdy z nas myślał o tym samym.

Ten dzień kiedyś nadejdzie, lecz jeszcze nie teraz… jeszcze nie dziś…

2 komentarze

  1. Jan Jan

    Zachwyt nad pięknem otaczającego nas świata, zmieniający się gwałtownie w sytuacyjną bezradność, przerażenie i uczucie bezwzględnej małości wobec potęgi szalejącego żywiołu, przeplatające się jednocześnie ze spokojem, głęboką wiarą i całkowitym zawierzeniem i oddaniem się Woli Bożej.
    Już dawno nie czytałem tak dobrego tekstu.
    Czy rzeczywiście tak było ? Wiem, że tak.

    • Jacek Blumensztajn Jacek Blumensztajn

      Wspaniały komentarz!
      W kilku pięknie skomponowanych zdaniach trafnie nazywa to, czego wówczas doświadczyliśmy.
      Bardzo dziękuję za te słowa 🙂

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.